Ciernie emigracji Ewa Liwczyński o swojej książce „Taraplessa – Pomiędzy” oraz życiu w Australii

Emigrantka zza oceanu i temat prawie osobisty

Do tego wywiadu przygotowywałem się inaczej niż zazwyczaj. Przeważnie szukam tematów lub osób, które mogą przysłużyć się polskiej emigracji. Nawet kiedy pracowałem w Radio Bedford to ja wymyślałem sobie tematy do audycji. Rzadko zdarzał mi się jednak temat, który sam mnie znajdował. Tak było w przypadku emigracji Ewy. Tuż przed moim wyjazdem do Polski skontaktowała się ze mną polska emigrantka, która wyjechała z kraju w poszukiwaniu szczęścia u boku mężczyzny aż w Australii. Miała za sobą udane życie zawodowe w Polsce, jednak po nieudanym pierwszym małżeństwie w jej życiu pozostała luka, którą według jej dorosłych dzieci powinna spróbować zapełnić. Brzmi jak scenariusz na romantyczny film? Też tak myślałem. Nie spodziewałem się jednak, że temat emigracji Ewy poruszy mnie tak bardzo, iż będę go traktował niemal osobiście.

Ewa odezwała się do mnie na Instagramie. Nie miałem wówczas pojęcia o zasięgu profilu Emigracja Oswojona i jak mały jest w rzeczywistości świat. Spodobał jej się projekt jaki od niedawna prowadzę z córką i postanowiła podzielić się ze mną swoją historią, którą jak się okazało spisała w autobiografii.

Najpierw pomyślałem “kto prócz Kuby Wojewódzkiego pisze autobiografię w połowie życia?”. Jednak fakt, że znalazła mnie przez ocean by porozmawiać, a nie “sprzedać mi swój temat” sprawił, że zapragnąłem przeczytać jej książkę. Niewątpliwie fakt, iż Ewa nie chciała zbytnio uchylić mi nawet rąbka tajemnicy o czym jest książka podsycał moją ciekawość jeszcze bardziej. Poprosiłem o egzemplarz książki i kiedy go otrzymałem (po 3 dniach od naszej rozmowy) nie mogłem skupić się na niczym innym jak jej czytaniu.

Posłuchajcie wywiadu z bohaterką mojego artykułu:

Gdy zamieszkaliśmy w tym uroczym miejscu, okazało się, że w najbliższej okolicy nie ma żadnego kasztanowca, dlatego też wraz z Patrykiem i Nicole stwierdziliśmy, że musimy zasadzić w naszym ogródku miniaturkę tego drzewa. Kasztanowiec, który bardzo dobrze zaadaptował się na naszym terenie, odwdzięczał nam się wiosną, gdy jego korona zakwitała bardzo dekoracyjnymi kremowo – miodowymi kwiatami, a z delikatnych pączków rozwijały się jasnozielone liście. W sezonie wegetacyjnym liście miały kolor ciemnozielony, jesienią zaś zmieniały barwę na intensywny żółtopomarańczowy kolor. Przed nastaniem zimy liście opadały i drzewo przechodziło w stan spoczynku. Kwiaty zaś po przekwitnięciu przekształcały się w maleńkie, zielone, najeżone owoce, które jesienią dojrzewały i wypadały z wnętrza kolczastych torebek jako brązowe kasztany – talizmany szczęśliwych nocy i dni…

Historia bardzo pomiędzy …

pomiędzy Polską i Australią, pomiędzy radością i smutkiem, pomiędzy miłością i dramatem uwikłanych w nią ludzi. Czyta się ją jak książki, które nie raz czytałem autorów takich jak John Grisham czy Wiliam Bernhardt. Problem w tym, że ta historia została spisana przez życie.

Ewa jest skromną dobrze wyedukowaną osobą, która wybudowała dom, zrobiła karierę zawodową, wychowała trójkę dzieci, posadziła nie jedno drzewo i zawsze zjednywała sobie ludzi i zyskiwała ich szacunek. Pierwszą tezę potwierdzam osobiście, pozostałe odnalazłem w jej książce. No więc kiedy wydawało jej się, że w jej życiu nie może się wydarzyć nic niespodziewanego co mogłoby zmienić los jej samej i dzieci za sprawą córki zakłada konto na portalu randkowym. W konsekwencji czego w jej życiu pojawia się mężczyzna i rozpoczyna się historia, której kanwy przedstawia poniższa książka.

Zmasakrowani psychicznie ostatnim postanowieniem sądowym udaliśmy się na lotnisko, aby odbyć podróż do Gold Coast i w ten sposób rozpocząć nasze wakacje…

Mówi się, że nic nie jest nam dane na zawsze. Zagłębiając się POMIĘDZY wersy książki odkryłem, że niczego nie tylko nie dostajemy na zawsze, ale także nie możemy do końca kontrolować nawet najpiękniej napisanej przez życie historii, kiedy na naszej drodze zjawiają się nierzetelni, skorumpowani oszuści, a naszych interesów mają pilnować niekompetentni idący na łatwiznę prawnicy. Jeśli do tego dołożyć biurokrację, która przed praworządność stawia los człowieka mieląc jego prawa w dziurawej prawniczej machinie, to całość składa się w rodzinny dramat.

Najgorszemu wrogowi nie życzę by przyszło mu zmierzyć się z podobnymi problemami. Życie wówczas weryfikuje przyjaciół, a instytucje które powinny być bezstronne w imię praw człowieka, okazują się zawodne i zbyt opieszałe w zderzeniu z bezlitosną procedurą i uciekającym czasem. Jeśli jeszcze nie zaciekawiła Was historia Ewy i rodziny posłuchajcie proszę jej samej w wywiadzie dla Emigracja Oswojona. Na zakończenie dodam, że niniejszy post nie jest postem sponsorowanym i powstał wyłącznie w oparciu na budowaniu relacji z emigrantką, której dotyczy. Mówię Wam o tym bowiem spodziewam się, że zarzucicie mi stronniczość z “powodów zarobkowych”. Przeczytajcie książkę i zrozumiecie czym jest empatia i dlaczego my, “Polacy na wygnaniu” powinniśmy wspierać się wzajemnie. Gdyby tak było, historia Ewy nigdy by się nie wydarzyła.

Przeczytajcie też fragment książki „Taraplessa – Pomiędzy” Ewa Liwczyński

Miranda, nie odrywając oczu od mojej osoby, spokojnie zapytała:
– Dlaczego uważasz, że nie mieliście prawa do obrony? Jakie masz na to dowody?
– Pytasz o dowody, proszę. – Sięgnęłam po pięć postanowień sądowych leżących na stole i podałam je prawniczce.
– No i…? – zapytała.
Spojrzałam na nią z nieukrywanym zaskoczeniem.
– Zapoznawałaś się z nimi? – zapytałam.
– Tak, i to dość szczegółowo – wyjaśniła.
– To jakie widzisz strony procesu na tych decyzjach? – zapytałam podchwytliwie.
Spojrzała na dokument i niczym uczeń wywołany do tablicy zaczęła referować:
– Decyzja magistrate’s court: Ewa Liwczynski, Marek Tulman. District court: Ewa Liwczynski, Roger Liwczynski, Marek Tulman. Supreme court: Ewa Liwczynski, Roger Liwczynski, Marek Tulman, Miranda Jackson, firma Romus, firma Bolleck–Paapke.
– Sama widzisz – stwierdziłam z satysfakcją w głosie.
– No i? – zapytała.
Po raz kolejny zaskoczona pytaniem prawniczki, spojrzałam z niedowierzaniem w stronę Ricka i Rogera, którzy wyglądali jak zastygłe figurki woskowe. Widząc, że nie mam szans na ich wsparcie, ponownie skierowałam swoją uwagę na rozmówczynię.
– Nie zauważyłaś, że w każdej decyzji są inne strony procesu? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. – Jako prawnik zapewne wiesz, że w konsekwencji tego decyzje sędziów są niepoprawne. Więc wyjaśnij mi, jakie przepisy prawa zostały zastosowane – dodałam.
W tym momencie zauważyłam, iż Miranda ponownie z niepokojem spojrzała w stronę Ricka, po czym zwróciła się do mnie:
– To są dobre punkty.
Nagle odezwał się Rick:
– Sędziowie pierwszej i drugiej instancji zauważyli, że pani Paapke nie była stroną w kontrakcie.
– Tak? Zauważyli? – spytałam zaskoczona uwagą adwokata, po czym dodałam: – Czy ty jako prawnik również uważasz, że osoba, która jako współwłaściciel firmy Romus – Paapke, Tulman, Bobek zawiera z Rogerem kontrakt na sprzedaż wraz z montażem, dokonuje uzgodnień dotyczących tego kontraktu, osobiście składa błędne zamówienie, sprzedaje nam wadliwe produkty, powoduje zniszczenia naszego domu, wzywa nas do zapłaty – którą uiszczamy – jest niezwiązana z kontraktem? To twoim zdaniem kto jest odpowiedzialny za ten kontrakt? Myszka Miki? – zapytałam poirytowana interpretacją prawa, jaką przedstawił barrister. – Czy twoim zdaniem sędzia nie naruszył przepisów regulujących partnership? Dodatkowo, jak zapewne wiesz, zgodnie z powszechnie przyjętym prawem, jeśli zostały zachowane trzy punkty: legalność uzgodnień, wykonanie i zapłata, świadczy to o zawartej transakcji. – Po tym wyjaśnieniu ponownie zrobiłam przerwę, spoglądając na uczestników spotkania. Po chwili zapytałam: – Macie jeszcze jakieś pytania i wątpliwości?
– Tak, to są dobre punkty – stwierdziła Miranda, potakując głową.
– Dobre punkty – powtórzył za Mirandą Roger i dodał: – Ale w waszym piśmie procesowym nie zawarliście żadnego.
Rick, speszony uwagami moimi i Rogera, spojrzał na Mirandę, która udając, że nie stało się nic, co by umknęło ich uwadze, z zaangażowaniem przeglądała decyzje sędziowskie.
– To my się z tym zapoznamy i przygotujemy stosowne pismo procesowe – powiedział Rick.
Nie byłam zadowolona z przebiegu naszego spotkania i po polsku odezwałam się do Rogera: – To nie my bierzemy kasę za porady prawne.
– Ktoś musi nas reprezentować – odpowiedział.
– Myślę, że to na tyle – podsumowała Miranda.
– Miranda – zwróciłam się do niej – jeszcze jedna kwestia została nam do omówienia, proszę, zostań tu z nami.
Po tych słowach Rick wstał, podziękował wszystkim i wyszedł z gabinetu. Prawniczka zaś pytająco spojrzała na mnie.
– Co do płatności umawialiśmy się z tobą na kwotę dziesięciu tysięcy dolarów – powiedziałam i pokazałam jej e-mail, w którym zostało to uzgodnione. Zaskoczona tematem, przewróciła oczami i wyjaśniła:
– No tak, ale sprawa jest trudna i wymaga większego nakładu pracy, niż myślałam.
– Możemy negocjować dodatkową kwotę, ale w granicach rozsądku – wyjaśnił Roger.
Na tym etapie zakończyło się nasze spotkanie w kancelarii prawniczej.

Zainteresowała cię historia Ewy i jej rodziny? Jesteś ciekaw jej zakończenia? Wysłuchaj podkastu i przeczytaj stronę internetową autorki Ewy Liwczyński.

Ekonomista Ludwig von Mises, parafrazując łacińską sentencję, powiedział: Fiat iustitia, ne pereat mundus – „Niech sprawiedliwość stanie się, aby świat nie zginął”. Niech ta książka stanie się lekturą dla wszystkich, którym na takim porządku zależy.

Taraplessa okładka

Przydatne linki:

Tutaj kupisz książkę: taraplessa.pl

Współautorzy:

Transkrypt: Patrycja Zagórska

Muzyka do podkastu: Dariusz Plecki

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here