Kierunek Bruksela Joanna Hajduk – pani od kultury

Czy Polonia w Brukseli różni się od tej znanej mi z Angli? Czy trawa po drugiej stronie kanału jest zieleńsza, a życie łatwiejsze? Jak to jest być żoną dziennikarza telewizyjnego pracującego w światowej redakcji? Jakich doznań kulturalnych poszukują emigranci w Brukseli i czy łatwo jest sprostać ich oczekiwaniom organizacji prokulturalnej, w której pracuje gość szóstego już odcinka podkastu Emigracja Oswojona?

Zapraszam do wysłuchania podkastu z trzeźwo stąpającą po ziemii matką dwóch wspaniałych córek, która zapewne jak nie jedna z Was stawiła czoła rozłące z mężem dla idei lepszego życia na emigracji.

Kordian: Oddaję głos mojemu dzisiejszemu gościowi. Jest nim Joanna Hajduk. Witaj Asiu.

Joanna: Dzień dobry. Witam serdecznie.

Kordian: Asiu, na początek chciałbym, abyś naszym słuchaczom trochę się przedstawiła i opowiedziała im, jak trafiłaś na emigrację? Czym zajmujesz się na tej emigracji?

Joanna: Nazywam się Joanna Hajduk. Mam 43 lata. Od prawie 4 lat mieszkam w Brukseli. Tak naprawdę jest to pierwszy kraj, poza moją ojczyzną, w którym przebywam tak długo i do którego zdecydowałam się przyjechać z całą moją rodziną. Na emigrację trafiłam dzięki i z powodu mojego męża. Dzięki mojemu mężowi, dlatego że miałam okazję poznać zupełnie nowych ludzi, nowe środowisko. Tak naprawdę, Belgia jest całkowicie innym krajem do życia, porównując ją do Polski. A przez mojego męża, dlatego że musiałam wszystko zostawić za sobą. Nie wiem, czy to było mocno odważne, czy to było podyktowane rozsądkiem. Zostawiłam pracę, zrezygnowałam z dobrze prosperującego etatu. Byłam asystentką w biurze prawnym, w firmie telekomunikacyjnej. Była to ciepła posadka biurowa, która dawała poczucia bezpieczeństwa. Będąc w związku z operatorem, montażystą telewizyjnym od lat nauczyłam się jednego – jeden z rodziców musi pracować w miarę określonych ramach. Załóżmy 8 godzin. Ten drugi nie wiadomo kiedy zacznie i kiedy skończy swoją pracę. Dlatego przez mojego męża trafiłam na emigrację, rzucając wszystko. Zostawiłam rodzinę, przyjaciół, mieszkanie, pracę i moje ukochane miasto Gdynię.

Kordian: Jak się podejmuje taką decyzję? Jak tobie przyszło podjęcie takiej trudnej decyzji o wyjeździe, o pozostawieniu wszystkiego?

Joanna: To było długofalowe przedsięwzięcie. Dwa lata wcześniej mój mąż wyjechał do pracy za granicą sam. To była nasza wspólna decyzja. Naprawdę można tak powiedzieć. Cofając się o jakieś 7-8 lat tak jak przez całe życie obserwując pracę mojego męża – dynamiczną, z wieloma interesującymi tematami, można powiedzieć, że praca w telewizji nie jest nudną pracą. Zaczęłam zauważać, że uśmiech mu znika z twarzy, coraz bardziej jest zmęczony, coraz bardziej zniesmaczony traktowaniem ludzi. Coraz bardziej jest rozgoryczony pewnymi decyzjami. Schodziło to coraz niżej. Ma tak ogromne doświadczenie w pracy, że w Polsce wypróbował już wszystkiego, można powiedzieć. Zobaczyłam, że stoi przed murem. Operator tak samo, jak dziennikarz jest twórcą, jest artystą. Jeśli artysta stoi pod murem i nie ma warunków ani motywacji czy bodźców do tworzenia, to jest to koniec. Ja ten koniec zobaczyłam. Tak naprawdę, to chyba ja zaczęłam mówić o tym, aby szukać czegoś na świecie. Doskonale wiedziałam, jaki on ma potencjał. Byłam przekonana o tym, że warto. Postanowiliśmy postawić wszystko na jedną kartę. Starałam się dodawać mu odwagi mówiąc: „Jedź, zobacz, spróbuj, ja sobie poradzę. Damy radę. Wspieram cię. Musisz innym pokazać kim jesteś i jaki masz talent. Musisz wykorzystać swoją szansę. Jeśli nie teraz, to później coraz trudniej będzie nam podjąć taką decyzję”. Tak zrobiliśmy. Na dwa lata mój mąż wyjechał do Londynu sam. To był trudny okres dla mnie jako dla jednego rodzica, który był zostawiony z dwiema dorastającymi córkami, które i są nadal zakochane w swoim tacie. On był zawsze dla nich podporą. Zawsze był bardzo dobrym ojcem. Pomagał w sprawach szkolnych i był wsparciem dla nich. Nagle z dnia na dzień zostały tego pozbawione – wsparcia, miłości. Ta równowaga została mocno zachwiana. Dziewczynki wtedy miały 8-9 lat. To był trudny moment dla nas. Dla mnie również, bo jesteśmy małżeństwem, które robi wszystko razem. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni i sprawia nam to ogromną przyjemność. To było trudne dla nas. Wiedziałam co robię, ale pierwsze miesiące były bardzo trudne. Był płacz córek, były moje trudne chwile, szczególnie podczas weekendów. Zawsze starałam się być bardzo dobrze zorganizowaną osobą. Tak minęły te dwa lata, jak sinusoida – raz na górze, raz na dole. Mieliśmy też problemy związane z finansami. Trzeba było pogodzić życie na dwa domy. Londyn nigdy nas nie rozpieszczał. Było mnóstwo rozczarowań, wątpliwości czy była to dobra decyzja. Twardo staliśmy przy tym i czekaliśmy aż ten gorszy los się odwróci. Po dwóch latach bycia w Londynie mąż dostał propozycję pracy w Brukseli. W tym momencie powiedziałam DOSYĆ. Już nie chciałam. Nie chciałam sama, chociaż świetnie sobie radziłam i Marek też to widział. Też trochę bał się tego, że mogę zaplanować sobie to życie tak, że dla niego już miejsca nie będzie, chociaż nigdy nie było o tym mowy. Postanowiłam i powiedziałam: „Słuchaj, musimy się tak przeorganizować i znowu tę rodzinę poskładać razem. Tak, abyśmy byli wszyscy razem. Nawet jeżeli będziemy mieszkać za granicą, to musimy być znowu razem”.

Kordian: Jak dzisiaj postrzegasz tę decyzję? Czy to była dobra decyzja z perspektywy tych 4 lat?

Joanna: We wrześniu miną 4 lata jak jesteśmy w Brukseli. W zależności, na jaką dziedzinę życia patrzeć. Większość przekonuje mnie po tych 4 latach, że to była bardzo dobra decyzja. Okupiona na pewno. Też się o tym przekonałam i zrozumiałam osoby, które mieszkają na emigracji. Ta decyzja była okupiona zerwaniem z dotychczasowym trybem życia, ze spokojem i stabilizacją, która jest potrzebna dorastającym dzieciom. Wszystko zostało rzucone na jedną kartę. Trzeba było te puzzle życia codziennego układać od nowa.

Kordian: Nowe realia, nowe otoczenie.

Joanna: Kompletnie wszystko nowe. Dziewczynki były pogodzone z tą myślą, że w którymś momencie przeprowadzimy się do taty do Londynu. Nagle usłyszały BRUKSELA. I ten uśmiech trochę im znikł z twarzy, jak poinformowałam dziewczynki, że wyjeżdżamy i będziemy razem z tatą mieszkać, ale to będzie Bruksela, a nie Londyn. One trochę były przerażone. To już nie będzie język angielski, tylko francuski. One: „Co? Mamo, ale my kompletnie nie znamy tego języka”. Ja na szczęście gdzieś te podstawy załapałam, bo zdawałam maturę z francuskiego w moim liceum. Ciężko było się pozbierać i finansowo ciężko było to wszystko pogodzić. Podjęliśmy decyzję w ciągu jednego miesiąca. Zrobiłam porządek u siebie w pracy. Przygotowałam rodzinę na zmiany. Tak się zaczęło nasze życie w Brukseli. Co przeprowadzka do Brukseli dała nam najlepszego? Dała nam to, że osadziliśmy nasze dzieci w realiach europejskich. Tak to postrzegam. Przestały być tylko Polkami, a zaczęły być obywatelkami Europy. Tutaj zaczęły dorastać w środowisku różno-rasowym, mieszanym. Jest tu multikultura, która jest bardzo pozytywnie postrzegana. Nigdy nie było problemu, być może dlatego, że trafiły tutaj mając 11-12 lat, rasizmu. Nie znają problemów waśni religijnych. One zostały wrzucone na głęboką wodę, od razu do szkoły z językiem francuskiej, chociaż istnieją tutaj szkoły przygotowawcze, które przez rok przygotowują dzieci, ucząc je tylko i wyłącznie języka obcego, do tego, aby znalazły się w środowisku i lepiej asymilowały. My wrzuciliśmy dzieci na głęboką wodę. Od 1 września poszły do szkoły frankofonów, głównie z językiem francuskim. Tak to się wszystko zaczęło. Trochę szalona z nas para, ponieważ wylądowaliśmy w Brukseli 30 sierpnia. 31 sierpnia poszliśmy na spacer z córkami, pokazując im szkołę, a 1 września już były w tej szkole. Było to w ciągu 2,5 dnia, kiedy zaczęło się to życie, na początku powolnym belgijskim torem toczyć.

Kordian: Muszę cię pocieszyć w dwóch punktach. Po pierwsze – decyzja, że to była Bruksela, a nie Londyn z perspektywy ostatnich 3 lat, wydaje się strzałem w dychę. Pewnie nikt tego lepiej nie wiem jak wy. Postrzegam to również z perspektywy kogoś, kto mieszka w okolicach Londynu, mieszka w Anglii. Dla mnie odległość dzieląca mój kraj i naszą ojczyznę jest odrobinę za duża, aby poruszać się swobodnie samochodem. Mam wrażenie, że jestem trochę uwięziony na tej wyspie. Jestem zależny od środków komunikacji, cen promów, plus widzimisię firm operatorów firm, które te usługi świadczą. Pod tym względem był to dobry wybór. Trochę zazdroszczę, że jesteście po drugiej stronie kanału. Chciałbym być w takim zasięgu kilku godzin drogi od domu, czyli od moich rodziców. To są rzeczy, które z tyłu głowy człowiek sobie układa i myśli o nich. Emigracja niestety zmusza nas, jeśli nie jesteśmy egoistami, tylko osobami rodzinnymi, dostaliśmy dobre wychowanie w rodzinie i te relacje są fajne, to wydaje mi się, że trzeba o tym myśleć. To jest jeden aspekty. Drugi aspekt to typowo polityczny. Anglia robi się zaściankiem Europy. Strzał w dychę. To, co na początku mogło się wydawać kierunkiem w inną stroną, to myślę, że w tej chwili wyszło wam na dobre.

Joanna: To było rzeczywiście postawione na kompletną niewiadomą. Tak jak Londyn był gdzieś tam przez nas oswojony w głowach, chociażby ze względu na język angielski, który znamy. Tak Bruksela była znakiem zapytania. To było duże ryzyko, ponieważ baliśmy się o asymilację dzieci. Przez kilka miesięcy wstawały z bólem brzucha do szkoły i ze łzami w oczach stwierdziły, że kompletnie nie rozumieją tego afrykańskiego bełkotu. Dokładnie tak się wyrażały. Po kilku miesiącach i pomocy nauczycieli w szkołach, gdzie oprócz normalnych zajęć lekcyjnych miały również zajęcia, które od początku wprowadzały je w gramatykę i ortografię, i słownictwo francuskie. Dzieciom w tym wieku nauka języka obcego przychodzi łatwiej. Chociaż francuski jest dużo trudniejszy od angielskiego i pisownię, i w mowie. Nie wspomnę już w ogóle o gramatyce. Jeśli chodzi o odczucie emigracyjne, to największym słowem, które to opisuje jest TĘSKNOTA. Tęsknota za życiem, jakie się prowadziło. Tęsknota za rodziną. Można wsiąść w samochód i przy świetnych wiatrach jechać 11 godzin, przy trochę gorszych do 14 godzin można być na miejscu, na północy Polski, skąd pochodzimy. Jest to do zrobienia, chociaż nie jest to 5 godzin. To nie jest mała odległość, ale jesteśmy w stanie to zrobić. Polacy mieszkający na wyspie pod tym względem mają dużo gorzej. Sprawa Brexitu również związała ręce i postawiła w trudnej sytuacji wszystkich emigrantów mieszkających na wyspie. Mamy tutaj większy komfort psychiczny. Mieszkamy w sercu Unii Europejskiej, jakby nie patrzeć. Ta polityka jest tutaj na wyciągnięcie ręki. Wszystko, co tutaj się dzieje, jest widziane i odczuwane. Przez pierwsze pół roku uczyłam się wszystkiego. Starałam się opanować tęsknotę, strach, który towarzyszy matce. Starałam się wspierać mojego męża od początku. Po pół roku trafiliśmy na gorsze momenty w Brukseli. W marcu był pierwszy zamach na lotnisku Zaventem i na stacji metra Maelbeek. To trochę zachwiało moim poczuciem bezpieczeństwa. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego, że muszę iść do szkoły, zabrać dzieci, oglądam się na ulicy czy ktoś zza rogu nie wyskoczy. To był chyba najgorszy dzień w marcu, kiedy naprawdę się przestraszyłam. Bałam się. Chociaż mieszkamy w dobrej i spokojnej dzielnicy, gdzie nie ma różnic kulturowych i osób, które mogą nam bezpośrednio zagrozić. Ten akt terroru, który prawie był namacalny, zburzył u mnie poczucie bezpieczeństwa. Nie ma tutaj czegoś takiego jak podwórka, place zabaw, gdzie mogę bezpiecznie wypuścić dzieci na dwór i się o nie nie martwić. Nie robię tutaj czegoś takiego. One są już teraz starsze i mogą wychodzić ze znajomymi, ale do dzisiaj mają o to do mnie pretensje, że ciągle się pytam, mówię, żeby miały włączoną lokalizację w telefonie. Dzwonię, pytam, gdzie są, czy są w dobrym towarzystwie, czy ktoś je odprowadzi do domu. Jednak to zachwianie poczucia bezpieczeństwa, ciągle we mnie kiełkuje.

Kordian: Każde duże miasto niesie za sobą takie ryzyka. Nawet Warszawa czy Wrocław. Pamiętam, jak byłem na studiach, to były dzielnicy we Wrocławiu, gdzie policja bała się jeździć. Może dlatego, że to bezpośrednio pojawiło się w waszym otoczeniu, dało do myślenia. Na Monciaku wystarczył pijany kierowca w Sopocie, aby wzbudzić strach w ludziach. Nie jesteśmy w stanie zapobiec pewnym wydarzeniom. Ewentualnie możemy supportować nasze dzieci, aby były one bardziej wyczulone na niebezpieczeństwo.

Joanna: Przede wszystkim edukować. Trzeba edukować dzieci. Belgia jest krajem bardzo otwartym. Tutaj ludzie są bardzo serdeczni, otwarci i ufni, co nie zawsze kończy się dobrze. Staramy się wpajać dzieciom tolerancję i staramy się mówić o tym, że są generacją przyszłości, są kolejnym pokoleniem, które ma dać przykład i zmienić ten świat na lepsze. Dać przykład tolerancji, akceptacji. Ciągle mamy nadzieję, że to nowe pokolenie coś kiedyś zmieni. Ludzie przestają ze sobą walczyć, połączą siły i będą współpracować. Z jakiego kraju by nie pochodzili.

Kordian: Jesteś optymistką.

Joanna: Staram się. Staram się tego uczyć dzieci i staram się mówić o tym, że nikt nie jest zły. Źli ludzie się nie rodzą, tylko wydarzenia, które następują od momentu urodzenia w ich życiu, stanowią o tym, kim będą. Życie nas rzeźbi. Każda podjęta decyzja wcześniej przez naszych rodziców, dziadków, taką drogą, jaką zostaniemy poprowadzeni, to są nasze podwaliny, nasze podstawy wychowania. Później w jakim środowisku się znajdujemy i jakie decyzje będziemy podejmować jako dojrzałe osoby. One też będą nas w jakiś sposób kształtować. Dopóki mam wpływ na moje dzieci, staram się jak najszerzej przedstawić różne aspekty. Nie boimy się żadnych tematów w domu. Staramy się wyjaśniać wszystko. Oczywiście, w jak najbardziej przystępny sposób, który nastolatek jest w stanie zaakceptować.

Kordian: Wyjeżdżając za granicę też byłem świadom, że podejmuję decyzję nie tylko we własnym imieniu, ale także w imieniu moich dzieci. Zadecydowałaś za swoje córki. Myślisz, że będą ci wdzięczne po latach za taki obrót sprawy, za to, że wyjechały z tobą z kraju?

Joanna: To jest może egoistyczne, ale ja im mówię o tym, jakie ja miałam dzieciństwo. Dorastałam w czasach komuny. Pamiętam kolejki i puste półki w sklepach. Pamiętam, może nie tę najgłębszą komunę, ale komunę lat 80. Daję moim dzieciom do zrozumienia, że chciałabym zapewnić im lepszy start i lepsze okazje w życiu, dlatego, że ja nie miałam dostępu do tak różnorodnych bodźców, możliwości wyboru. Żyjąc w kraju komunistycznym, zamkniętym, odizolowanym od reszty świata, człowiek nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki świat jest ogromny, piękny i czego może nas nauczyć.

Kordian: Mówisz o trochę zamierzchłej przeszłości. W tej chwili wywoziłaś dzieci z Polski demokratycznej.

Joanna: Starałam się sobie wyobrazić sobie, co one mogę czuć. Jak ja byłam w ich wieku, to żyłam w kraju komunistycznym, gdzie niewiele rodzice mogli mi zaproponować zajęć, nauki języka obcego. Wyjazd do Brukseli tłumaczyłam moim dzieciom, że tutaj nauczą się więcej z każdej dziedziny. Ja to tak rozumiem. Tutaj jest duży wachlarz możliwości. Nie chcę nic złego powiedzieć na temat szkół językowych w Polsce, ale tutaj w praktyce zostało udowodnione. Obserwuję moje dzieci, jak się uczą języka obcego. Śmiem twierdzić, że w żadnej szkole językowej w Polsce, na opłacanych zajęciach, nie nauczyłyby się tak języka obcego, jak tutaj w naturalnym środowisku. Również wspominam o języku angielskim, którego uczyły się w Polsce, i który ratował je tutaj na początku. W Brukseli drugim językiem towarzyszącym językowi francuskiemu jest bardzo często język flamandzki. Belgia jest krajem trzech języków – flamandzkiego, francuskiego i niemieckiego w niewielkim procencie. Jak wcześniej myślałam, że angielskim mocno im się tutaj przyda, tak w tym momencie wiem, że moje dzieci mówią po angielsku, bo tego chcą. Mówią po francusku, bo musiały się tego nauczyć i mówią po flamandzku, bo jest to tutaj ogólnie przyjęte i oczywiste. W tym momencie porównując to, jakie możliwości miałyby w Polsce, śmiem twierdzić, że ten wyjazd dał im wolność językową, która być może w okresie dorosłości przyniesie im dużo większy wachlarz możliwości wyboru zawodu, kraju, w którym będą chciały mieszkać. One się już nie boją przemian europejskich, bo one w nich dorastają.

Kordian: To jest to otwieranie umysłów na nowe perspektywy, na nowe możliwości, o których w Polsce się nie mówi albo przed którymi się straszy. Ktoś, kto nigdy nie wyjechał, nie potrafi tego zrozumieć. Spójrz na samą edukację językową. Gdybyś miała w Polsce swoim dzieciom opłacić naukę trzech, zachodnich języków, to musiałabyś wydać majątek na to.

Joanna: Przede wszystkim one nie miałyby na to czasu. Wiecznie byłyby zmęczone i przymuszone do nauki. To też nie jest dobre, jak rodzice fundują dzieciom non stop zajęcia dodatkowe, myśląc, że inwestują w ich przyszłość. Dziecko musi mieć czas na odpoczynek, relaks.

Kordian: Aby być dzieckiem.

Joanna: Dokładnie. Nie zostać zepchniętym do świata dorosłego, który i tak nadejdzie. Mam dużo znajomych, którzy nam dopingują, ale którzy nigdy w życiu nie chcieliby znaleźć się na naszym miejscu, dlatego, że się boją. Boją się emigracji, boją się zmian, boją się zacząć od początku. My byliśmy prawie 40-latkami, jak zostawiliśmy wszystko za sobą. Moim zdaniem to jest naprawdę odważna decyzja. Młodzi ludzie mają więcej odwagi, więcej animuszu, więcej poczucia, że ryzyko się opłaci i smakuje fajnie. Osobom bardziej dojrzałym ze stabilnym trybem życie trudniej jest wszystko rzucić i zmienić.

Kordian: Z odpowiedzialnością na barkach, z rodziną.

Joanna: Jak masz rodzinę, to masz odpowiedzialność. Gdybyśmy byli z Markiem sami, nie mając dzieci. Jestem osobą, że wzięłabym pod pachę i mogłabym podróżować po całym świecie. Zawsze żartujemy, że naszym marzeniem jest otworzyć bar na plaży i przeprowadzić się do ciepłego klimatycznie kraju i tam spędzić emeryturę.

Kordian: Mam doświadczenie barmańskie, gdybyście potrzebowali.

Joanna: Nie ma problemu. Rozważymy twoją kandydaturę.

Kordian: Jak przyjechałem do Anglii, to musiałem się nauczyć barmanki. Zaczynałem za barem. Pominę te zajęcia, którymi wcześniej się parałem, zanim trafiłem za bar, bo nie chcę ich pamiętać. Mam doświadczenie barmańskie, chętnie się z wami na tę plażę przeniosę.

Joanna: Dobre towarzystwo jest w cenie.

Kordian: I butelka rumu. Asiu, powiedz mi jak uporałaś się z rozłąką z przyjaciółki? Po upływie tych 4 lat zmieniły się relacje z niektórymi ludźmi. Moim zdaniem, taka decyzja o wyjeździe weryfikuje niektóre znajomości. W naszym przypadku trochę takich znajomości, na których kiedyś mógłbym sporo postawić i mógłbym twierdzić, że nigdy się nie rozejdą, nie przetrwały próby odległości.

Joanna Hajduk przeprowadza wywiad
Joanna Hajduk dla Benka.be

Joanna: W naszym przypadku było podobnie, ale potrakuję nas indywidualnie. Mój mąż zawsze otaczał się ludźmi i zawsze miał dużo znajomych, dużo przyjaciół. Jest otwartym, serdecznym, uśmiechniętym facetem. Większość osób po prostu go lubi, bo ma dobrą energię i po prostu się nią dzieli. Przez okres tych 4 lat zauważyliśmy, że ludzie przestali się do nas odzywać. Bardzo często było tak, że jeżeli mój mąż nie zadzwonił do swojego, tak zwanego, przyjaciela, to tamta strona nie wykazywała chęci kontaktu. Pewne znajomości się zweryfikowały również o mnie. Staram się o te najbliższe osoby dbać. W pracy kilka lat temu poznałam moją najlepszą przyjaciółkę, która nadal jest moją najlepszą przyjaciółką. Mieszka w Gdańsku. Wspieramy się, wspieramy nasze rodziny we wszystkim. Zawsze mogę na nią liczyć. Mimo odległości pomagamy sobie nawzajem. To jest dla mnie najważniejsze. Zostawiliśmy naszych przyjaciół sąsiadów, którzy pomagają nam odbierać nam korespondencję i doglądają naszego mieszkania, które jest wynajmowane. To nie są proste rzeczy. Bardzo szanujemy takie znajomości i bardzo doceniamy wszelką pomoc. Jeśli chodzi o rodzinę, to moja mama była załamana naszą decyzją. Mam młodsze rodzeństwo. Brat i siostra dobre kilka lat wcześniej opuścili rodzinny kraj i wyprowadzili się do Szkocji. Moja mama nie ma ani jednego dziecka na miejscu w Polsce.

Kordian: Są to takie małe dramaty. To są konsekwencje tych decyzji, które podejmujemy. Zapytałem nieprzypadkowo o te znajomości. Moi drodzy słuchacze, jeśli rzeczywiście myślicie, rozważacie za i przeciw to pamiętajcie o tym, że tego typu ryzyko również istnieje. Niestety trzeba będzie się zmierzyć z tym że pewne relacje osłabną i w konsekwencji waszej decyzji, być może wasi najlepsi przyjaciele będą żyli własnym życiem i nie będą mieli czasu na to, aby uczestniczyć również w waszym życiu. Tutaj nie chodzi o tym, że relacje psują się z jakichś powodów typu różnicy poglądów. Chociaż teraz w przypadku podziałów politycznych w Polsce, to też się zdarza. Mówię o rozluźnieniu relacji. Każdy ma swoje życie, swoje problemy. Ktoś, kto kiedyś żył swoim życiem, ponieważ był twoim sąsiadem drzwi obok i prawie codziennie się z nim spotykałeś i rozmawiałeś, to taka relacja ma marne szanse na przetrwanie.

Joanna: Dokładnie. Można odnieść wrażenie, że znajomości i przyjaźnie, które nie były dla nas tak bardzo istotne, mogą się wzmocnić. Może się to odwrócić. Osoby, na które liczymy, mogą się od nas odwrócić. Nigdy nie wiadomo jak będzie. Dla mnie najważniejsza jest rodzina. Mam niewielu przyjaciół, ale staram się bardzo dbać o te relacje i angażować się w to. Najważniejsza jest moja rodzina. Mój dom jest tam, gdzie jest moja rodzina.

Kordian: Doceniłem to, co powiedziałaś, dopiero po tym, jak dołączyła do mnie moja rodzina. Doceniłem fakt, że jesteśmy rodziną i nasz dom jest zamknięty w naszych czterech osobach. Pomimo tego, że są dziadkowie, wujkowie, to my dla siebie stanowimy małą komórkę społeczną, zamkniętą. Tak jak powiedziałaś na początku, bardzo przeżywałaś rozłąkę, bardzo przeżywałaś każdy wyjazd Marka.

Joanna: Moim dzieciom staram się wpajać to. One to widzą na naszym przykładzie. Rodzina jest siła. Z rodziny należy czerpać dobrą energię, siłę, motywację do życia, do podejmowania ważnych decyzji. Rodzina zawsze będzie najważniejsza. Rodzina zawsze będzie wspierać i motywować, cokolwiek by się nie działo. Na emigracji ta rodzina nabiera głębszego znaczenia. Zawsze będziemy tutaj obcy. Mimo tego, że w mniejszym lub większym stopniu uda nam się zaaklimatyzować i zasymilować ze środowiskiem, będziemy się czuć z każdym dniem coraz lepiej, ale zawsze będziemy obcy. Belgia jest kolejnym przystankiem w naszym życiu. Myślę, że po tym doświadczeniu belgijskim, nie ma dla nas drzwi zamkniętych, nie ma rzeczy niemożliwych. Oczywiście, w porozumieniu i w podjęciu odpowiedzialnych decyzji, jesteśmy w stanie zrobić wszystko, jesteśmy w stanie mieszkać wszędzie na świecie, byleby tylko być razem. Byle byśmy byli szczęśliwi.

Kordian: Joasiu, nie zdążyłem cię jeszcze zapytać, jaka jest wasza Bruksela? Wyjechaliście z dużego, polskiego miasta. Miasta, które kochasz.

Joanna: Ciężko porównywać Gdynię do Brukseli. Gdynia ma atuty, których Bruksela nigdy nie będzie miała. I odwrotnie. Inaczej postrzegam moje miasta. Moje serce zostało w Gdyni. Od tej emocjonalnej strony zawsze wygrywa Gdynia. Mieszkam w Brukseli. Pod pewnymi względami ciężko mi zaakceptować pewne rzeczy. Generalnie mieszka mi się tu dobrze i spokojnie. Nasza codzienność jest oswojona.

Kordian: Bardzo fajnie, że to powiedziałaś. Mam wrażenie, że moje życie w Polsce było bogatsze towarzysko. Nie masz wrażenia, że jest puste, o to, co zostawiliśmy za sobą?

Joanna: Oczywiście, że tak. Kwestia polega na tym, że to, co zostawiliśmy za sobą, musimy w jakiś sposób zastąpić tym, co tutaj jest do zaoferowania. Nasza rodzina, tak jak twoja, żyje przede wszystkim pracą. Ludzie na całym świecie pracują od poniedziałku do piątku. Weekendy starają się poświęcać dzieciom. Tutaj w Belgii jest to bardzo szanowane, że weekendy poświęcamy rodzinie. Sklepy w niedziele są w ogóle nieczynne, a w soboty są czynne do 20. To poszanowanie dla spędzania czasu w rodzinie jest tutaj mocno podkreślane i bardzo kultywowane. Wszędzie jest codzienna gonitwa. Każdą rodzinę, czy w Polsce, czy w Belgii, czy w Londynie to dotyka. Taki jest porządek życia. Jeśli chodzi o życie kulturalne, rozrywki, to staramy się to tutaj wypełniać rzeczami, którymi Bruksela ma nam do zaoferowania. Tu poznaliśmy nowych ludzi. Poznaliśmy Polaków i obcokrajowców. Dwa lata temu zapisałam się do szkoły dla dorosłych, rozpoczynając po raz kolejny przygodę z językiem francuskiej. Od matury trochę lat minęło i trzeba było to odświeżyć. To sprawiło mi ogromną radość. Dostałam dużej energii. Spotykam ludzi z całego świata. To dodało mi też optymizmu, jeśli chodzi o tolerancję, o postrzeganie różnych nacji. Mamy wiele ze sobą wspólnego, cały świat. Na tych zajęciach, w tej grupie różnorodnej, gdzie mam Greków, Japończyków, ale też obywateli Finlandii, Danii. Cały świat siedzi ze mną w jednej ławce. W takich poszczególnych osobach nie widać sporów. Nie widać polityki. Nie widać rzeczy, które ciążą na całych nacjach, narodach. Znam osoby, które mieszkają tutaj 20 lat, które kupiły tutaj domy. Są to osoby, które ciągle mówią o powrocie do Polski. W człowieku to siedzi. W człowieku siedzi nostalgia, tęsknota. Pamiętaj, że jeżeli ktoś spędza za granicą 15-20 lat, to nie zna już realiów Polski i ją idealizuje. Idealizujemy naszą ojczyznę. Co z tego, że czytamy artykuły.

Kordian: Wyjechałaś za granicę, zostawiając całkiem dobrą pracę. Czy udało ci się ją czymś dobrym zastąpić?

Joanna: Zostawiłam wszystko i wiedziałam, że zaczynam od początku. To było bardzo trudne dla mnie, bo jestem bardzo dynamiczną osobą. Bardzo lubię być zajęta. Od pierwszego dnia ciężko było mi ogarnąć moje życie zawodowe, bo przez pierwszy rok skupiłam się mocno na dzieciach. Skupiłam się, żeby miały poczucie bezpieczeństwa w domu, aby wychodziły stąd z nową motywacją i energią, codziennie do szkoły, która była dla nich nowa. Budziła ona trochę strach.

Kordian: Aby zminimalizować te brutalne skutki zmiany?

Joanna: Zminimalizować szok. Ciężko było mi się tutaj odnaleźć, ponieważ bez znajomości języka w stopniu bardzo dobrym, nie mam czego tutaj szukać w biurze. Dlatego zaczęłam uczyć się na nowo języka francuskiego. W tej chwili jestem po pierwszym poziomie egzaminu państwowego z biznesowego francuskiego. Robię coś dla siebie. Od początku będąc tutaj, Marek poznał osoby, które od 2014 roku organizowały tutaj w Brukseli kabaretony, występy, koncerty. W momencie, kiedy poznałam tych ludzi, od razu powiedziałam do Marka: „Marek, chcę to robić. Jestem w tym dobra. Czuję to”. Bardzo lubię doświadczać siebie na nowych polach. To mi dodało skrzydeł i sprawiło, że jestem w tym dobra. Od liceum, od przedszkola zawsze lubiłam organizować, kierować, inscenizować. Tutaj ktoś mi zaufał. Nie jestem organizatorem tego wszystkiego. Jestem współorganizatorem. Odpowiadam za stronę cateringu, od strony managerskiej, od strony organizacyjnej, promocyjnej. Parę różnych rzeczy składowych, jeśli chodzi o organizację imprez dla Polonii, to moja działka. Jestem jedną z dwóch/trzech osób, które to organizują. Nie jestem szefem całego przedsięwzięcia, ale prawą ręką szefa.

Kordian: Niemal przy każdej większej, lokalnej społeczności powstają Ośrodki Kulturalne, które zapraszają zespoły muzyczne, tworzą jakieś galerie, pokazy, wernisaże. Powiedz coś więcej o waszej firmie. Wspomnij jak jest zorganizowania Polonia w Brukseli. Czy to jest duża grupa społeczna, która się integruje i spotyka? Czy to jest wyjątkowa, zamknięta grupa osób, które oczekują czegoś więcej od życia?

Joanna: Bruksela ma ogromny wachlarz możliwości i propozycji dla wszystkich nacji. Ja sama uwielbiam chodzić do galerii Bozar, gdzie miałam okazję oglądać wystawę rzeźb Picassa. Sama byłam zdziwiona, że Picasso rzeźbił. Zawsze utożsamiałam go z malarstwem. Bardzo wiele okazji jest tutaj na kulturę o kompletnie różnych wymiarach. Każda nacja znajdzie tutaj coś dla siebie. Każda nacja potrzebuje kontaktu z rodzimą kulturą. Tak to widzę. Hiszpanie i Grecy, Marokańczycy i Polonia. To jest więź, która łączy Polaków na emigracji z ojczyzną. To jest kultura, której potrzebują. Oczywiście szeroko rozumiana. Istnieje tutaj dyskoteka polska, gdzie młodzież chodzi, aby zawierać nowe znajomości, aby być między swoimi. Bardzo dużo imprez kulturalnych jest w Brukseli jest organizowanych dla Polonii, przez firmy, które organizują tylko i wyłącznie koncerty disco-polo, które jest bardzo popularne w Polsce. Te zespoły disco polo często przyjeżdżają tutaj. Organizowane są majówki. Organizowane są dni polskie w Brukseli. Przy okazji występów muzycznych wystawiane są z różnych regionów Polski potrawy, które wszyscy mogą przyjść, spróbować. Podczas takiej jednej imprezy jest kilka różnych sfer, które symbolizują naszą polską kulturę. Jest rzeczywiście kilka firm, które organizują eventy, wystawy, wernisaże.

Kordian: Gdzie wy to zazwyczaj organizujecie?

Joanna: Zaczęłam współpracować z osobą, która sama już wcześniej rozpoczęła swoją współpracę z managerami kabaretów. Ja zaczęłam swoją współpracę od organizacji brukselskich nocy kabaretowych organizowanych w prawdziwym teatrze w Brukseli. Nie jest to scena z krzesłami z klasy czy z domu kultury. De facto nie ma tutaj takiego polskiego domu kultury. Ambasada i konsulat mają swoje sale, pseudo teatralne, gdzie organizują swoje imprezy. W konsulacie dwa lata temu był organizowany konkurs Voice of Polonia. Wracając do eventów, które my organizujemy, to są głównie brukselskie noce kabaretowe. W tej chwili bardzo popularną formą jest stand-up, czyli one man show. To też cieszy się dużym uznaniem Polonii. Zorganizowaliśmy również dosyć duże przedsięwzięcie, jak koncert Agnieszki Chylińskiej, która przyjechała do nas i miała swój tour ze swoją płytą. To było świetne doświadczenie dla mnie – i od strony artystycznej i od strony organizacyjnej. Na tym wachlarz naszych propozycji się nie zamyka. Organizowaliśmy wernisaż w zaprzyjaźnionej galerii. Wernisaż obrazów, na które przybyło dużo znamienitych gości z ambasady i konsulatu. Wystawa cieszyła się dużym zainteresowaniem. Wystawiliśmy w teatrze śpiewogrę – Dzień Świra. Sztuka śpiewana, która jest oparta na filmie Marka Koterskiego.

Kordian: Gościliście aktorów z Polski czy byli to ludzie lokalni, którzy postanowili wystąpić?

Joanna: Nie. Dzień Świra jest spektaklem, który jeździł po Polsce i który zorganizowali polscy aktorzy z Maciejem Miecznikowskim na czele. Przyjechali tutaj i myślę, że bardzo zaskoczyli Polonię belgijską profesjonalizmem, poczuciem humoru i przedstawieniem w kompletnie nieoczekiwany sposób bardzo znanego wszystkim Polakom filmu Dzień Świra.

Kordian: Załóżmy, że ktoś z naszych słuchaczy myśli o wyjeździe, o wyborze kraju Europy, do którego chciałby przenieść siebie i rodzinę. Jak przekonałabyś go do tego, że powinna to być Bruksela?

Joanna: W tej chwili mam już zupełnie inny pogląd na to wszystko. Doświadczenie, które zdobyłam w ciągu tych 4 lat, dużo się tutaj nauczyłam. To jest zupełnie inny kraj niż Polska. Mają inne prawo, inne podejście do wielu rzeczy. Nawet opieka lekarska jest zupełnie inaczej zorganizowana. Wszystkim, którzy wybierają się za granicę z różnych względów, doradzałabym roztropność, ostrożność i zaznajomienie się z tematów. Na medium społecznościowym typu Facebook istnieje bardzo dużo grup, w których Polacy sobie pomagają, doradzają, wyszukują lekarzy, zadają różnego rodzaju pytania. Dużo korzystałam z tego na początku. Nie miałam tutaj osoby, która by mi powiedziała, gdzie iść, żeby załatwić szybciej. Nie miałam takiej osoby. Krok po kroku sama zdobywałam doświadczenie. To bym radziła przyszłym emigrantom. Roztropność, uwagę, nierzucanie się na ślepo na głęboką wodę, tylko zorganizowanie sobie przynajmniej w 60-70% życia codziennego. Takie pierwsze podstawy stabilizacji, czyli wynajęcie mieszkania i poszukanie pracy.

Kordian: W 4. odcinku podcastu rozmawiałem z Klaudią z Włoch, która opowiadała o trudnej sytuacji z pracą we Włoszech. Czy w Brukseli jest łatwo o pracę? Gdzie jej szukać? Gdyby ktoś chciał skorzystać z tego, zorganizować sobie pracę przed wyjazdem. Czy istnieją agencje pracy? Istnieją polskie agencje pracy, do których można się w Brukseli zgłosić?

Joanna: Trudno mi powiedzieć, bo nie mam doświadczenia. Nie orientuję się w każdej dziedzinie. Tak jak powiedziałam, emigranci, którzy dostali propozycję kontraktu i pracują tutaj w instytucjach unijnych, mają zupełnie inne wrażenia z mieszkania w Brukseli. Polskich agencji pracy w Brukseli nie ma. Są firmy, które są zakładane przez Polaków, albo jednoosobowe, albo zatrudniające kilka osób. Najczęściej są to firmy usługowe, głównie budowlane. Polacy znani w całej Europie jako złote rączki, jako świetni hydraulicy, tynkarze, ślusarze mogą znaleźć tu zatrudnienie. Starałabym się być ostrożną, bo niestety trzeba podkreślić, że rodak rodaka oszuka. Często czytam o takich sprawach, gdzie nie do końca pracodawcy są uczciwi wobec pracowników.

Kordian: Tak niestety jest, że na świecie są różne opinie o Polakach. My te opinie sami budujemy. To, o czym teraz wspomniałaś, to pokłosie tego, kto może w pierwszej kolejności wyjechał z kraju. Ludzie uciekali przez nawet kłopotami z prawem. Kombinatorzy wyjeżdżali. Tego jest wszędzie pełno. Mówisz to nie tylko ty. Masz szczęście do ludzi i trafiasz na tych dobrych. Marek też wokół siebie otacza pozytywnych ludzi. Myślę, że można trafić na tych uczciwych, solidnych, bo na takich chcę budować ten podcast. Chciałbym pokazać, że Polacy nie wszędzie są tacy, jak o nas mówią. Im częściej rozmawiam z obcokrajowcami, tym bardziej przekonuję się, że to się tyczy każdej nacji. Po prostu jest to druga strona człowieczeństwa. Jedni są uczciwi i dobrzy, drudzy są mniej uczciwy, szukający łatwego zarobku. Tak jest z ludźmi.

Bruksela Foto: Marek Hajduk

Joanna: Staramy się wspierać siebie jako Polacy. Wracając do pracy, to w Brukseli najczęściej Polacy zakładają firmy budowlane, a kobiety bardzo często znajdują pracę w 46:45 Service, czyli w agencjach sprzątających, gdzie pracują jako panie sprzątające w apartamentach i domach Brukselczyków.

Kordian: Całkiem niedawno miałem okazję rozmawiać z psycholożką z Londynu, na temat tego, że pozostawiamy w Polsce fajną, ambitną pracę, wyjeżdżamy za granicę i trafiamy do agencji sprzątającej, pracujemy fizycznie. Niestety nie jest to za fajne.

Joanna: Mój wniosek jest taki – przynajmniej tutaj, jeśli chodzi o Belgię, Brukselę. Jeżeli przyjeżdżasz do kraju, gdzie znasz język w stopniu dobrym lub bardzo dobrym od startu. Ułatwiasz sobie start. W momencie, kiedy przyjeżdżasz do kraju takiego jak Belgia, gdzie dwoma podstawowymi językami traktowanymi na równi jest francuski i flamandzki, który jest pomieszaniem niemieckiego z angielskim. Jest trudnym językiem. Przynajmniej dla mnie. Zdecydowanie bardziej wolę francuski. To nie masz czego szukać w biurze czy na stanowisku, gdzie języki są podstawą.

Kordian: Chyba, że jesteś naprawdę dobrym specjalistą w dziedzinie i ktoś cię podkupuje w konkretnym celu. Znam przypadki takich osób, które wyjeżdżały znając jedynie język angielskich. Te osoby, dla których one świadczyły usługi na wysokim poziomie swojego profesjonalizmu zawodowego, to one się uginały i to one rozmawiały po angielsku. Zakładam, że są różne przypadki. To, co mówisz, ma na pewno odniesienie do takich osób jak ja. Wyjeżdżając z Polski, znałem angielski. Jak się przekonałem za granicą, w ogóle nie mówiłem po angielsku. Pierwsze lata polegały na tym, że uczyłem się akcentu, uczyłem się języka żywego.

Joanna: Bywa tutaj w Brukseli również i tak. Szczególnie w specjalizacjach jak IT lub specjalizacjach potrzebnych w instytucjach Unii Europejskiej. Tacy specjaliści są werbowani do Brukseli. Proponowane są im konkretne kontrakty. Nie muszą znać języka francuskiego ani flamandzkiego. W instytucjach unijnych podstawowym językiem jest angielski. Jeśli jesteś wysokiej klasy specjalistą, to jak najbardziej znajdziesz tutaj zajęcie. W tym momencie instytucja europejska wysyła cię na kurs językowy. Można powiedzieć, że Polacy są narodem śmiałym. Polacy są narodem, który nie boi się wyzwań, pracy. Jest świetny w różnych specjalizacjach. Polacy nie mają problemu z tym, żeby się przekwalifikować i zacząć wszystko od początku.

Kordian: Nie mamy powodów do kompleksów. Tylko czasami musimy ruszyć nasze umysły. Otworzyć nasze umysły na to, przed czym ostrzega się was w Polsce. Naprawdę Europa nie jest taka zła. Da się tutaj spokojnie żyć. Da się pogodzić z tą multikulturowością. To nie jest kwestia wyrzeczeń czy ryzyk. Po prostu trzeba ją zaakceptować. Jeśli masz otwarty umysł na świat i chciałoby się oczekiwać czegoś więcej od swojego życia, to trzeba się otworzyć na inne kultury. Trzeba się otworzyć na inne kultury, inne narody, na inne kolory skóry czy na inną orientację seksualną. Jestem zachwycony faktem, że moje dzieci razem z edukacją szkolną dostają tolerancję, o której w Polsce nie ma mowy. To jest największy prezent, jaki zrobiliśmy naszym dzieciom, wyjeżdżając z Polski. Otworzyliśmy ich umysły na możliwości. Daliśmy im nowe perspektywy. Nasze dzieci zawsze będą wiedziały o tym, że oprócz Anglii, Belgii, Polski istnieją inne kraje. Wystarczy spakować walizki i się przenieść.

Joanna: Dokładnie tak jak powiedziałeś. Różnica między Polską, a Europą jest taka, że Europa daje więcej możliwości, otwiera więcej drzwi. Daje nam odczuć, że nie jesteśmy obywatelami drugiej kategorii. Jesteśmy na równi z innymi nacjami. Mamy ten sam start. Jesteśmy takimi samymi ludźmi, którzy otwarcie mogą pokazać, to co potrafią. Mogą współpracować na równi z innymi. Tak można to podsumować. Nie czuję się gorsza. Szukam swojego miejsca tak jak każdy.

Kordian: Dziękuję ci Asiu za dzisiejszą rozmowę. Minęła nam całkiem przyjemna chwila. Myślę, że jeszcze kiedyś będzie okazja porozmawiać na tematy różnic edukacji. Bardzo mnie intryguje, jak edukuje się dzieci w Belgii. Myślę, że wrócimy do tego tematu. Bardzo chętnie widziałbym cię jeszcze w moim podcaście.

Joanna: Bardzo dziękuje. Z przyjemnością będziemy mogli porozmawiać, ponieważ to jest o tyle interesujący temat, że o tyle edukacja, którą pamiętam z polskich szkół podstawowych, a którą mogę przyrównać do belgijskich szkół, trochę się różni.

Kordian: Moi drodzy, to była Joasia prosto z Brukseli. Za pomocą bardzo mądrych łączy, z pomocą swojego wspaniałego męża, nagraliśmy odcinek o tym, jak żyje się Polakom w Brukseli. Myślę, że jeszcze nie raz do Brukseli wrócimy. Zapraszam was do wysłuchania poprzednich odcinków podcastu o życiu we Włoszech, o tym, jak to jest być taksówkarzem w Szkocji, jak zostać angielskim policjantem i odcinek, gdzie Agnieszka opowiadała nam o życiu na Malcie, o tym, jak się tam organizuje biznes. O tym do tej pory mogliście posłuchać w moich podcastach. Poproszę was o komentarze. Jeśli byście chcieli zostawić swoje dobre słowo na Spotify, to poproszę o recenzję tego podcastu. Napiszcie, co byście zmienili, jak byście widzieli kolejne odcinki. Chętnie ustosunkuję się do waszych opinii.

Przydatne linki:

Polski organizator imprez kulturalnych w Brukseli oraz Brukselskiej Nocy Kabaretowej: benka.be

Z czego słynie Belgia przeczytasz tutaj

Współautorzy:

Realizacja nagrania z Brukseli: Marek Hajduk
Fotografie pochodzą z prywatnych archiwów mojego gościa oraz ze strony benka.be

W podkaście wykorzystałem fragmenty libretto do sztuki “Dzień Świra” w całości do posłuchania TUTAJ oraz fragmenty kabaretów występujących na Brukselskiej Nocy Kabaretowej. Do obejrzenia TUTAJ i TUTAJ.

Zacytowałem także fragment ścieżki dźwiękowej z filmu Marka Koterskiego “Dzień świra” do obejrzenia na kanale You Tube.

Transkrypt: Patrycja Zagórska
Muzyka do podkastu: Dariusz Plecki


LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here