Najdroższa woda

„Nie ma takiej rzeczy, której nie da się sprzedać” John Ruskin

(1819–1900) – angielski pisarz, poeta, ale najbardziej znany jako krytyk sztuki i krytyk społeczny.

Ten post będzie trochę o mnie i trochę dla tych, których czasami zaciekawi kto do nich pisze. Dla tych, którzy prócz sięgania wyłacznie po samo “mięso” no blogu chcieliby także poznać autora postów. Dlatego co jakiś czas będę wrzucał anegdoty z mojego życia w posty kategorii “o tym i o owym”. Zatem do rzeczy.

Był lipiec, rok 1995. Skwar spowijał ziemię już od kilku tygodni.

Byłem wtedy młodym „żółtodziobem” i spędzałem swoje pracowite wakacje na stacji paliw we Władysławowie. Pierwszy taki wakacyjny sezon, po którym zadowoleni szefowie zaoferowali mi pracę na kilka kolejnych lat. Pomimo, iż jeszcze byłem dwa lata przed maturą to korzystałem z okazji na dodatkowy zarobek. Spalony na raka, młody, pełen energii i nie skażony jeszcze dorosłym życiem. To była pierwsza praca i nawet ją naprawdę polubiłem.

Miałem dobre dzieciństwo, chociaż nie były to łatwe lata. Nasi rodzice zawsze robili wszystko żeby ułatwić nam start w dorosłość. Jednak z własnego wyboru poszedłem do pracy, żeby zarobić na jakieś „adki” albo na kolejną nową grę na amigę. Było też i na dobrą książkę.

Z tego lata pamiętam niewiele, ale tego dnia nie zapomnę.

Na stację paliw we Władysławowie wjechało kolejne auto z turystami. Na placu stało osiem starych rozklekotanych, manualnych dystrybutorów (rzekłbym „analogowych”). Przy każdym tankował się jakiś fiacik, polonez, a czasami i mercedes „beczka”.

Cały sklep na CPNie stanowił “popeerelowski” blaszak, w którym była lada i kilka półek z olejami i innymi płynami do samochodu, jakiś regał z okularami przeciwsłonecznymi, bateriami i filmami do aparatów. Część blaszaka zajmowało małe zaplecze, w którym moi szefowie pitrasili całkiem zjadliwe obiady i obracali “panienki” po godzinach.

No więc na taką starą stację wjechało kolejne z dziesiątek tankujących aut. Ja pracowałem na placu, z saszetką na pieniądze w pasie, biegałem między dystrybutorami i kasowałem pieniądze od klientów.

Kienci sporadycznie wchodzili wtedy do sklepu po cokolwiek.Nie to co dzisiaj. Jedziesz na stację paliw bo benzynę, a stoisz jak w Tesco bo “pańcia” przyszła kupić mleko i kanapki.

Od czasu do czasu musiałem zatankować komuś jego fiacika – najchętniej tankowałem młodym uśmiechniętym dziewczynom (miałem wtedy 16 lat). Można było zalać fiata 126p do pełna za wartość mniejszą od jego litrażu. Niesamowite – litr benzyny kosztował mniej niż 1zł. A do tego kierownicy CPNu mieli pełny blaszak karnistrów i handlowali paliwem na lewo. Paliwo w “dołach” mierzyło się przy pomocy “łaty” czyli takiej długiej aluminiowej linijki, która  sięgałą dna zbiornika. Mierzyło sie ręcznie poziom paliwa w zbiorniku i obliczało litraż. Jednym słowem to było dawno temu.

Tubylcy wówczas mawiali: „we Władysławowie najlepiej być rybakiem albo CPNiarzem”, bo to była dobrze płatna fucha.

Kiedy tak tankowałem kolejne auto podbiegł do mnie spieszący się klient i podał mi do ręki banknot „za resztą wezmę olej” krzyknął.

Kiwnałem potakująco głową i zwróciłem wzrok ku mojej uśmiechniętej klientce. Spieszący się gość złapał stojącą na dystrybutorze butelkę z olejem silnikowym Mobil albo Lotos (już nie pamiętam) i wsiadł do auta. Wystartował ze stacji jak z procy i za moment zniknął za zakrętem. W tym momencie wyleciał ze stacji mój szef z krzykiem „Cooo on zabrał z dystrybutora?” Ja na to uspokajająco: „Kupił olej, nie ukradł, zapłacił”. Na to szef przerażony „Ale tam na dystrybutorach nie ma oleju – to są atrapy! z wodą i piaskiem” (piasek wsypywało się do wody, żeby się butelki nie przewracały na wietrze – przyp. autora).

Tak oto zrobiłem transakcję życia – litr wody w cenie drogiego silnikowego oleju. Ale jeśli klient wróci z pretensjami to będzie chryja.   Nie wrócił.

Do dzisiaj zastanawiam się czy być może zorientował się przed wlaniem do silnika, co jest w butelce? A może wyjechał już w trasę do Warszawy / Krakowa / Berlina, czy gdzie bądź, zanim przyszło mu dolać oleju do silnika?  Nie wiem. Wiem jednak, że była to najdroższa woda jaką w życiu sprzedałem.

Czemu o tym napisałem? Może z potrzeby spisania tej historii będącej świadectwem minionej epoki? Nie, ona nie ma nic wspólnego z Emigracją. Jednak od czasu do czasu będę Wam opowiadał o sobie i tym co mnie wykuło z tworzywa jakim byłem bym stał się sobą dzisiaj.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here